Strona główna > Reklamacje > Odwlec za wszelką cenę…

Odwlec za wszelką cenę…

Tak akurat mam, że w swoim życiu zawodowym najczęściej mam do czynienia z płytkami w Włoch i Hiszpanii. I tak się składa, że jestem gorącą wielbicielką obu tych krajów. Kiedyś, zanim poznałam Hiszpanię z bliska, byłam zakochana we Włoszech (zapewne nie bez znaczenia jest również fakt, że właśnie w tym kraju mieszka moja najbliższa przyjaciółka). Potem zakochałam się i w drugim kraju, i nawet myślę, że gdybym miała wybierać swoje miejsce na ziemi, to byłoby ono na Półwyspie Pirenejskim (na przykład w tej miejscowości ze zdjęcia obok).

Lubię niemal wszystko, co dla mnie związane jest z tymi dwoma częściami Europy – plątać się wąskimi uliczkami i szerszymi alejami. A nawet jeździć komunikacją publiczną. Chłonąć atmosferę tamtych miejsc. Siedzieć w małych knajpkach. Nawet – mówić w tamtych językach (co wcale nie oznacza, że to potrafię😉 ale po winie człowiek staje się poliglotą😉 ).

Jest tylko jedna rzecz, którą coraz częściej szczerze nienawidzę – zajmować się reklamacjami na płytki pochodzące z tych krajów. Od razu moja cała miłość pryska, bo widzę wyraźnie, że coraz częściej ludzie, których na co dzień bardzo lubię i traktuję niemal jak przyjaciół starają się za wszelką cenę grać na zwłokę, starają się opóźnić moment, w którym trzeba będzie wziąć odpowiedzialność za problem. Wszak sprzedawca, mając przed sobą niezadowolonego klienta, nie będzie w nieskończoność czekał na załatwienie reklamacji. W którymś momencie machnie ręką i przede wszystkim zajmie się załatwieniem sprawy tak, aby klient był zadowolony. A wówczas przeniesienie kosztów na fabrykę może być trudne.

Obserwuję to od niedawna. I jestem nawet w stanie zrozumieć pobudki, jakimi kierują się pracownicy fabryki w dobie kryzysu. Tyle tylko, że w tym problemie ja jestem po drugiej stronie barykady.

To nie tylko moja obserwacja. Znajomy Włoch z branży wyznał szczerze, że w niektórych fabrykach pojawiły się wewnętrzne, pisane lub nie, zalecenia, aby tę grę przeciągać najdłużej jak się da. Prosić o zdjęcia, potem stwierdzać, że ze zdjęć nie da się wyczytać tego co należy, więc do płytek musi przyjechać przedstawiciel lub manager. A dni lecą….

I niewykluczone, że takim wewnętrznym ustaleniom zawdzięczałam to, co dziś z jednej strony skłoniło mnie do wyrywania włosów z głowy, ale z drugiej – bardzo mnie rozbawiło.

Przed weekendem klient zgłosił mi reklamację. Paskudna sprawa – już po ułożeniu płytek, po ich umyciu przed fugowaniem, okazało się, że na części płytek jest coś w rodzaju plamy. Kolor płytki był właściwie jednorodny, ale faktura – nie. I kiedy na płytki już ułożone na jednej powierzchni padło światło, wyłoniło różnicę w wyglądzie okładziny. Wada trudna do zauważenia w przypadku pojedynczych płytek świeżo wyciągniętych z pudełka, za to doskonale widoczna na już ułożonej i czystej podłodze.

Szczegółowe badanie powierzchni płytki dostarczonej przez klienta pokazało, że winne są jakieś bąbelki na powierzchni. Wyglądało to, jakby płytka się „poparzyła” (gdyby była żywą istotą) w jednym miejscu. Wyraźnie było czuć różnicę faktury. A skrobanie tego miejsca pozwalało zorientować się, że jest to coś, co jest zjednoczone z płytką, jest monolitem.

Cóż. Zdarzają się takie sytuacje. Ale wówczas płytka powinna być zakwalifikowana jako gatunek inny niż pierwszy.

Zatem zaczęłam żmudny proces reklamacji. Akurat był to czwartek. Zrobiłam fotografie, dbając o to, by widać było na nich problem. Dla pewności zaznaczyłam jeszcze odpowiednie miejsce. Zdjęcia poleciały siecią do fabryki.

Nie musiałam czekać długo na odpowiedź – tylko do piątkowego ranka. „Na zdjęciach nic nie widać. Jeżeli możesz, zabierz do Bolonii jedną płytkę, żebyśmy mogli oddać ją do laboratorium.”

Wyobraziłam sobie siebie, jak przemierzam targowe parkingi i hale, taszcząc płytkę w formacie 60×60 (waga? około 7 kg). A poza tym, targi miały się zacząć dopiero za 11 dni. Kawał czasu.

Szczęśliwym trafem pojawiło się dwóch znajomych Włochów, którzy tego dnia mieli akurat wracać samochodem do domów, znajdujących się w rejonie włoskiego zagłębia płytkowego. Czym prędzej załatwiłam przyjacielską przysługę – płytka została wyekspediowana w świat i, podejrzewam – ku zawodowi fabryki, już w poniedziałek wylądowała na laboratoryjnym stole.

Odpowiedź dostałam dzisiejszego poranka.

Pracownik laboratorium, ustami managera przekazał mi, że płytkę powinno się… umyć pewnym środkiem chemicznym – przeznaczonym do zmywania pozostałości fugi i zaprawy klejowej.

Usłyszawszy taką diagnozę, nie wiedziałam, czy się roześmiać czy zakląć.

Ale muszę przyznać, że pracownik laboratorium wykazał się sporą kreatywnością w wymyślaniu sposobu na odwleczenie momentu, w którym problem trzeba rozwiązać.

P.s. Jak łatwo się domyślić, środek do zmywania pozostałości po fudze nie dał rady poprawić faktury płytki. Zabawa trwa nadal…

Kategorie:Reklamacje Tags:
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: