Archiwum

Posts Tagged ‘reklamacje’

Krzywo, coraz krzywiej….

Kwiecień 2, 2013 Dodaj komentarz

Jak każda typowa kobieta, noszę w swojej torebce… szczelinomierz ;) A mówiąc serio – noszę go wtedy, gdy wybieram się na reklamację, w której klienci skarżą się na krzywiznę płytek lub odchylenie od kąta prostego. Wówczas szczelinomierz pozwala precyzyjnie oszacować odległość między przyłożoną poziomicą a brzegiem czy powierzchnią płytki.

Niedawno jednak spotkałam się z sytuacją, gdy pomiędzy płytkę a przymiar kątowy mogłam włożyć nie tylko dwa czy trzy listki szczelinomierza, ale cały przedmiot.

trapez

Płytka uwieczniona na zdjęciu ma format 30×60 i jest rektyfikowana. A mimo tego, jak widać wyraźnie, kąt między dwoma krawędziami płytek na pewno nie wynosi 90 stopni. A płytka nie ma kształtu prostokąta tylko trapezu.

W tym przypadku reklamacja została przez fabrykę załatwiona ekspresowo, koszty materialne i niematerialne klienta zostały ograniczone niemal do zera.

Ale sytuacja ta jest bardzo niepokojąca dla mnie.

Trzeci raz w ciągu trzech tygodni miałam okazję oglądać płytki, które na pewno nie powinny zostać zakwalifikowane jako pierwszy gatunek. „Niezła” częstotliwość, zdecydowanie większa niż w przeszłości… To może oznaczać, że poza problemami z płytkami, które mieszczą się w pojemnej normie, sprzedawcy i klienci coraz częściej będą borykać się z płytkami, które zgodnie z normą PN-EN 14 411 powinny być uznane za pozagatunek.

Kryzys ma degradujący wpływ na rynek. Najwyraźniej coraz więcej producentów dochodzi do wniosku, że nie stać ich na przestrzeganie norm jakości. Niestety, obserwuję również, że coraz więcej producentów uznaje, że nie stać ich na lojalne traktowanie partnerów biznesowych.

Kategorie:Reklamacje Tagi: ,

To nie zawsze źle, gdy płytka pęka

Październik 27, 2012 4 uwag

Zdarzało się Wam widzieć płytkę, której powierzchnia była pokryta siateczką? Zjawisko to zdarza się tylko płytkom szkliwionym i ma swoją nazwę.

To potocznie „harys” (słowo to pochodzi od niemieckiego „Haarriss”, które dla mnie wygląda tak, jakby moje palce na klawiaturze nagle zaczęły się jąkać ;) ).

W dzisiejszych czasach najczęściej jest to efekt zamierzony – coraz rzadziej zdarza się, aby producentowi wyszło to „przypadkiem”. W ostatnich latach tylko 2 razy zdarzyło mi się oglądać coś takiego, jako wadę,  na nowych płytkach. Ale stosunkowo często można zobaczyć płytki sprzed np.20 lat, na których siatka spękań pojawiła się z czasem, jako „wartość dodana” ;) Wynika to z wprowadzenia pewnych poprawek, w procesie produkcyjnym, które dziś pozwalają skuteczniej, w sposób świadomy, uniknąć tego rodzaju dekoracji.

Skąd się bierze ów harys? Jego pochodzenie wyjaśnia fachowa nazwa – pęknięcia włosowate szkliwa. Bo owa pajęczyna to właśnie siatka drobniutkich pęknięć. Powstają one wtedy, gdy glinka, z której zrobiony jest czerep płytki ma inną rozszerzalność temperaturową niż lico. Wówczas podczas wypalania i stygnięcia czerep i lico rozszerzają się w różnym stopniu i poddaje się to, co jest słabsze – cienka warstwa szkliwa pęka.

Harys, gdy nie jest zamierzony i pojawia się na nowych, i nowoczesnych płytkach, jest wadą. Szpecą płytkę nie tylko drobne pęknięcia. Jeżeli płytka jest jasna, a zostanie zafugowana ciemniejszym wypełnieniem, pigmenty z fugi, wnikną z strukturę płytki, dodatkowo barwiąc jej powierzchnię.

Ale nie zawsze takie pęknięcia są wadą. W przypadku płytek postarzanych służą dodaniu im uroku, lat i uwiarygodnieniu ich historii.

O tym co może człowiekowi grozić podczas reklamacji – trochę lżej

Październik 16, 2012 2 uwag

Reklamacje potrafią czasami człowieka (czyli mnie) zaskoczyć. I zdarza się, że jadę na rozgrzebaną budowę, w spódniczce, na obcasach i wyglądam wówczas zupełnie nie na miejscu. To wtedy najczęściej słyszę wyburczane komentarze pod swoim adresem (np. „ja dłużej płytki układam niż pani żyje na świecie”) – tak jakby rodzaj założonego obuwia miał wpływ na moją fachowość. Ale i tak, na obcasach czy nie – mam nieco przechlapane. Matka Natura obdarzyła mnie zdecydowanie kobiecymi kształtami – czasami to w relacjach z płcią brzydką pomaga, ale postrzegania mojej fachowości raczej nie poprawia ;) Zatem rezygnacja z damskiego stroju i tak nie miałaby większego sensu. Dobrze jednak, że nie zawsze noszę spódnice. Bo niedawno, kilka dni temu, zostałam zaskoczona tym, że na pierwsze piętro domu, gdzie były zainstalowane reklamowane płytki, musiałam wejść…. po drabinie. W tamtym momencie błogosławiłam swój pomysł, by tego dnia wyjść do pracy w dżinsach ;) choć obcasy jednak miałam…

Drabinę w górę pokonałam w miarę sprawnie, nie musząc zastanawiać się co też widzą robotnicy na dole. A gdy przyszło mi schodzić, uznałam, że bezpieczniej będzie, gdy torba z przyborami reklamacyjnymi (w tamtym dniu były to tylko środek myjący i ścierka) znajdzie się na dole wcześniej – dwie wolne ręce były bardzo przydatne :)

Zatem już wiadomo, że przed przystąpieniem do załatwiania reklamacji człowiek powinien sobie zrobić badania wysokościowe ;)

Ale czasami trzeba być sprzątaczką…

Dotarła do mnie wiadomość, że płytka pewnej zaprzyjaźnionej firmy, dziwnie zachowuje się na ekspozycji. Co prawda nie była to reklamacja, ale z ciekawości pochyliłam się nad tematem.

Płytka, pierwotnie imitująca coś w rodzaju granitu, z jasnymi i ciemnymi cętkami, z lekką strukturą, po kilku miesiącach wyglądała dość jednolicie. Osoba zgłaszająca problem stwierdziła, że „chyba wytarły się jasne plamki”.

Obejrzałam płytki zainstalowane na ekspozycji. Zastanowiły mnie drobinki miki, które akurat w tej płytce znajdują się na powierzchni – gdyby coś się wytarło, to mika zniknęłaby w pierwszej kolejności. Tymczasem błyszczące drobinki był zdecydowanie na swoim miejscu. Prysnęłam dwoma rożnymi środkami do mycia łazienek i po pewnym czasie przetarłam te miejsca ścierką.

Efekt był taki:

Jak widać – jasne cętki nie zniknęły – po prostu skryły się pod warstwą szarego brudu.

Rozwiązanie problemu okazało się bardzo proste – płytki wystarczyło umyć.

Kiedy klienci czasami pytają mnie czy nie ma problemu z utrzymaniem płytek strukturalnych w czystości, pytają o to, jak je należy myć, zwykle odpowiadam: „Regularnie” ;)

Kategorie:Reklamacje Tagi:

Odwlec za wszelką cenę…

Wrzesień 18, 2012 Dodaj komentarz

Tak akurat mam, że w swoim życiu zawodowym najczęściej mam do czynienia z płytkami w Włoch i Hiszpanii. I tak się składa, że jestem gorącą wielbicielką obu tych krajów. Kiedyś, zanim poznałam Hiszpanię z bliska, byłam zakochana we Włoszech (zapewne nie bez znaczenia jest również fakt, że właśnie w tym kraju mieszka moja najbliższa przyjaciółka). Potem zakochałam się i w drugim kraju, i nawet myślę, że gdybym miała wybierać swoje miejsce na ziemi, to byłoby ono na Półwyspie Pirenejskim (na przykład w tej miejscowości ze zdjęcia obok).

Lubię niemal wszystko, co dla mnie związane jest z tymi dwoma częściami Europy – plątać się wąskimi uliczkami i szerszymi alejami. A nawet jeździć komunikacją publiczną. Chłonąć atmosferę tamtych miejsc. Siedzieć w małych knajpkach. Nawet – mówić w tamtych językach (co wcale nie oznacza, że to potrafię ;) ale po winie człowiek staje się poliglotą ;) ).

Jest tylko jedna rzecz, którą coraz częściej szczerze nienawidzę – zajmować się reklamacjami na płytki pochodzące z tych krajów. Od razu moja cała miłość pryska, bo widzę wyraźnie, że coraz częściej ludzie, których na co dzień bardzo lubię i traktuję niemal jak przyjaciół starają się za wszelką cenę grać na zwłokę, starają się opóźnić moment, w którym trzeba będzie wziąć odpowiedzialność za problem. Wszak sprzedawca, mając przed sobą niezadowolonego klienta, nie będzie w nieskończoność czekał na załatwienie reklamacji. W którymś momencie machnie ręką i przede wszystkim zajmie się załatwieniem sprawy tak, aby klient był zadowolony. A wówczas przeniesienie kosztów na fabrykę może być trudne.

Obserwuję to od niedawna. I jestem nawet w stanie zrozumieć pobudki, jakimi kierują się pracownicy fabryki w dobie kryzysu. Tyle tylko, że w tym problemie ja jestem po drugiej stronie barykady.

To nie tylko moja obserwacja. Znajomy Włoch z branży wyznał szczerze, że w niektórych fabrykach pojawiły się wewnętrzne, pisane lub nie, zalecenia, aby tę grę przeciągać najdłużej jak się da. Prosić o zdjęcia, potem stwierdzać, że ze zdjęć nie da się wyczytać tego co należy, więc do płytek musi przyjechać przedstawiciel lub manager. A dni lecą….

I niewykluczone, że takim wewnętrznym ustaleniom zawdzięczałam to, co dziś z jednej strony skłoniło mnie do wyrywania włosów z głowy, ale z drugiej – bardzo mnie rozbawiło.

Przed weekendem klient zgłosił mi reklamację. Paskudna sprawa – już po ułożeniu płytek, po ich umyciu przed fugowaniem, okazało się, że na części płytek jest coś w rodzaju plamy. Kolor płytki był właściwie jednorodny, ale faktura – nie. I kiedy na płytki już ułożone na jednej powierzchni padło światło, wyłoniło różnicę w wyglądzie okładziny. Wada trudna do zauważenia w przypadku pojedynczych płytek świeżo wyciągniętych z pudełka, za to doskonale widoczna na już ułożonej i czystej podłodze.

Szczegółowe badanie powierzchni płytki dostarczonej przez klienta pokazało, że winne są jakieś bąbelki na powierzchni. Wyglądało to, jakby płytka się „poparzyła” (gdyby była żywą istotą) w jednym miejscu. Wyraźnie było czuć różnicę faktury. A skrobanie tego miejsca pozwalało zorientować się, że jest to coś, co jest zjednoczone z płytką, jest monolitem.

Cóż. Zdarzają się takie sytuacje. Ale wówczas płytka powinna być zakwalifikowana jako gatunek inny niż pierwszy.

Zatem zaczęłam żmudny proces reklamacji. Akurat był to czwartek. Zrobiłam fotografie, dbając o to, by widać było na nich problem. Dla pewności zaznaczyłam jeszcze odpowiednie miejsce. Zdjęcia poleciały siecią do fabryki.

Nie musiałam czekać długo na odpowiedź – tylko do piątkowego ranka. „Na zdjęciach nic nie widać. Jeżeli możesz, zabierz do Bolonii jedną płytkę, żebyśmy mogli oddać ją do laboratorium.”

Wyobraziłam sobie siebie, jak przemierzam targowe parkingi i hale, taszcząc płytkę w formacie 60×60 (waga? około 7 kg). A poza tym, targi miały się zacząć dopiero za 11 dni. Kawał czasu.

Szczęśliwym trafem pojawiło się dwóch znajomych Włochów, którzy tego dnia mieli akurat wracać samochodem do domów, znajdujących się w rejonie włoskiego zagłębia płytkowego. Czym prędzej załatwiłam przyjacielską przysługę – płytka została wyekspediowana w świat i, podejrzewam – ku zawodowi fabryki, już w poniedziałek wylądowała na laboratoryjnym stole.

Odpowiedź dostałam dzisiejszego poranka.

Pracownik laboratorium, ustami managera przekazał mi, że płytkę powinno się… umyć pewnym środkiem chemicznym – przeznaczonym do zmywania pozostałości fugi i zaprawy klejowej.

Usłyszawszy taką diagnozę, nie wiedziałam, czy się roześmiać czy zakląć.

Ale muszę przyznać, że pracownik laboratorium wykazał się sporą kreatywnością w wymyślaniu sposobu na odwleczenie momentu, w którym problem trzeba rozwiązać.

P.s. Jak łatwo się domyślić, środek do zmywania pozostałości po fudze nie dał rady poprawić faktury płytki. Zabawa trwa nadal…

Kategorie:Reklamacje Tagi:

Subiektywne postrzeganie

Lipiec 11, 2012 Dodaj komentarz

Spotkałam się niedawno, po raz kolejny z problemem, który choć wydaje się małoprawdopodobny, tak naprawdę wcale nie jest rzadki.

Co, jeżeli klient dostał płytki, które są zgodne z zamówionym wzorem, ale zupełnie niezgodne z jego wyobrażeniem zamówionego wzoru?

Niestety, okazuje się, że takie sytuacje zdarzają się i to zaskakująco często – osoba oglądająca wzór płytek nie zauważa istotnych cech płytki, choć wydaje się, że są one tak wyeksponowane, że nie sposób ich przeoczyć.

Szczególnie często mam okazję to obserwować w przypadku płytek imitujących piaskowiec – co jakiś czas zdarza się klient, który nie zauważa, że na powierzchni płytki jest „narysowana” kreska imitująca „uskok” poszczególnych warstw kamienia.

A ostatni z przypadków, który toczył się w kręgu moich zainteresowań, dotyczył jednorodności kolorystycznej pewnej płytki ściennej. Atrakcyjność płytki z serii Vanity z Naxosa (na zdjęciu) polega między innymi na tym, że kolor na pojedynczych płytkach jest niejednolity – na powierzchni płytki są rozmaite mazie i chmurki. Efekt ten jest zachowany na każdej płytce – również na tych, które były wyeksponowane i które oglądała klientka.

A mimo tego, zjawisko to, zostało przez nią zaobserwowane dopiero po otrzymaniu zamówionego materiału, po rozpakowaniu paczek w domu.

Jestem skłonna uwierzyć, że składając zamówienie i patrząc na wzór, autentycznie nie zauważyła ona, że płytki, które wybrała nie są jednolite. Ponieważ nie raz przekonałam się, że nasze postrzeganie otaczających nas przedmiotów potrafi być całkowicie subiektywne.

Co jednak robić w takiej sytuacji, będąc sprzedawcą?

Jeżeli wyobrażenie klienta różni się od rzeczywistości w przypadku płytek, które pochodziły z magazynu sprzedającego, jestem za tym, aby jak najszybciej przyjąć zwrot od klienta, skracając jego stres, nawet jeżeli nie ma podstawy prawnej do tego, aby przyjąć takie rozwiązanie.

Zapewne trudniej jest sprzedawcy podjąć taką decyzję, gdy płytki sprowadził z fabryki i zwrot nie jest możliwy lub wiąże się z dodatkowymi kosztami. Czasami jednak warto jest przeliczyć – może mimo kosztów takiego posunięcia, warto jest pomóc klientowi?

A co robić, będąc klientem?

Przede wszystkim, trzeba pogodzić się z faktem, że jest się formalnie na przegranej pozycji – jeżeli wzór płytki miał te same cechy co płytka dostarczona wraz z fakturą, a tylko my czegoś nie zauważyliśmy (co może się zdarzyć każdemu człowiekowi), to nie ma formalnego sposobu na wyegzekwowanie takiego zwrotu (chyba, że kupiliśmy płytki poza sklepem, czyli np. w Internecie). Można o niego jedynie poprosić. A moje wieloletnie doświadczenie podpowiada mi jedną rzecz – jeżeli ktoś prosi, ma duże szanse na to, że jego prośbie zostanie zadość uczynione. Jeżeli jednak ktoś w takiej sytuacji domaga się, podnosi głos, obraża rozmówcę – może spotkać się z odmową. Sama o wiele chętniej pomagam w takich sytuacjach osobom, które są sympatyczne niż tym, które próbują wymusić coś krzykiem.

Ale najważniejsze jest chyba to, co można zrobić wcześniej, aby uniknąć takiej nieprzyjemnej sytuacji.

Będąc klientem, warto jest określać jasno, co jest dla nas najistotniejsze. Jeżeli zależy nam na tym, aby płytki były np. jednolite kolorystycznie, powiedzmy o tym sprzedającemu i upewnijmy się, że płytka, która nam się spodobała naprawdę jest taka. A gdy któraś z cech płytki jest dla nas najważniejsza na świecie, zadbajmy o to, by wzmianka o tej właściwości pojawiła się na zamówieniu – to co zapisane zwykle jest również bardziej serio traktowane przez handlowca.

Będąc sprzedającym nauczmy się pytać o to, co dla klienta jest ważne, czego oczekuje. I bądźmy wyczuleni na płytki „kłopotliwe” – czyli np. takie, które mają dużą wariację tonacji albo nieregularne brzegi. To co dla nas jest oczywiste, nie musi takim być dla klienta, zatem przekazujmy jak najwięcej informacji o płytkach, które wzbudziły zainteresowanie kupującego.

Kategorie:Reklamacje Tagi:

Czas zmienić branżę?

Lipiec 2, 2012 Dodaj komentarz

Wzięłam dziś do ręki najnowszy, 58. numer kwartalnika „Wokół Płytek Ceramicznych” – periodyka, który jest mi szczególnie bliski – już chociażby dlatego, że publikuje moje teksty ;)

Już na okładce przyciągnął moją uwagę tytuł „Kiedy i jakie płytki można reklamować”.

Szybko okazało się, że kryje się pod nim, na stronie 33., stanowisko Federacji Konsumentów oddział Warszawa, wyrażone słowami jego prezesa – Michała Herde.

Czytałam i oczy otwierały mi się coraz bardziej.

„Wynika z tego (z ustawy o szczególnych warunkach konsumenckich – wtrącenie M.G.), że podstawą odpowiedzialności jest istnienie niezgodności z umową. Konsument dokonując zakupu płytek, ma prawo oczekiwać, że w każdym opakowaniu znajdują się takie same płytki, o takich samych właściwościach – rozmiarach i odcieniach. Nie ma tu znaczenia istnienie norm – są one jedynie wyznacznikiem minimalnej jakości.” (…) ” uzasadnionym oczekiwaniem przeciętnego konsumenta jest posiadanie płytek, które (…) będą w takim samym odcieniu jak próbka lub okazany wzór” (…) „Sprzedawca, owszem, może zwolnić się z odpowiedzialności za niezgodność , ale tylko wtedy, gdy oświadczy, że w danym opakowaniu np. jedna płytka jest wadliwa w określony sposób” (…)

Nie będę tu się bawić w polemikę na temat toku rozumowania Prezesa Herde – to znajdzie się w tekście polemicznym, który złożę w redakcji i mam nadzieję, ukaże się w następnym numerze kwartalnika. Ale na marginesie – mam wrażenie, że Pan Herde nie za bardzo wie czym są płytki, jak się je produkuje…

Ale załóżmy przez chwilę, że prezes warszawskiego oddziału Federacji Konsumenta ma rację. Że rzeczywistość wygląda tak, jak on to opisuje.

Wówczas nie pozostałoby mi nic innego, jak zmienić branżę. Bo sprzedawanie płytek stałoby się praktycznie niemożliwe.

No, to lecimy po kolei.

1. Klient ma prawo oczekiwać, że w paczce płytki będą takie same pod względem rozmiaru i odcienia.  Czyli odpadają nam ze sprzedaży wszelkie płytki nierektyfikowane. Bo klient może uznać, że nawet pół milimetra różnicy (przy formacie płytek np. 60×60)  w długości boków to nie jest „taki sam rozmiar”. I już jest powód do uzasadnionej reklamacji.

2. Dostarczony materiał powinien być w takim samym odcieniu jak okazana próbka. Fajnie :) Czyli każdy sklep powinien mieć próbki w każdym możliwym w fabryce odcieniu. Gdy klient wyrazi zainteresowanie określonym modelem, sprzedawca zadzwoni do dostawcy/fabryki, ustali którą tonację będzie można odebrać w danym momencie, pokaże właściwą próbkę klientowi i taką się zamówi. I wszyscy będą się starali, żeby nie doszło do pomyłki, bo wówczas – ups! mamy powód do uzasadnionej reklamacji. Zagmatwane, kłopotliwe w realizacji, ale powiedzmy, że da się to jeszcze zrobić – przy sporym wysiłku handlowca. Tylko co z płytkami wykonywanymi metodą nadruku cyfrowego (takimi, jak Timber z Perondy – na zdjęciu)? Dzięki któremu powtarzalność wzoru w ramach jednego koloru i jednej tonacji może się zdarzyć się np. co 30-40 płytek? I na dodatek jest to pakowane losowo? Jak spowodować, żeby klient, który chce kupić ok. 5 metrów (np. 15 sztuk) miał wcześniej pokazane wszystkie płytki, które zostaną mu później dostarczone? Zatem, sprzedawanie płytek wykonanych w technologii wydruku cyfrowego nie będzie tak naprawdę możliwe, bo jak wcześniej pokazać klientowi wszystkie płytki, które kupi?

3. Sprzedawca powinien precyzyjnie oświadczać jakie odstępstwa od oczekiwań klienta znajdą się w paczce. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy klient zamówi 20 paczek płytek z wariacją tonacji, w formacie nominalnym 45×45. Wraz z fakturą zakupu powinien otrzymać następujący elaborat:

Paczka nr 1. – 2 płytki o rozmiarze większym o 1 mm od deklarowanego. 1 płytka o rozmiarze większym o 0,5 mm od deklarowanego, 1 płytka o rozmiarze mniejszym o 0,5 mm od deklarowanego, 2 płytki o ton jaśniejsze od próbki. 1 płytka w tonacji próbki ale z bardziej wybarwionym przeżyleniem, 2 płytki o ton ciemniejsze od próbki.

Paczka nr 2. – …

I tak przez 20 paczek. Czyli ktoś musiałby te 20 paczek kolejno otworzyć, zmierzyć dokładnie, porównać ze wzorem, który oglądał klient, zapakować na nowo i wszystko szczegółowo opisać. Dopiero wówczas, zdaniem Prezesa Herde, klient nie miałby powodów do uzasadnionej reklamacji, bo sprzedawca zwolniłby się w ten sposób z odpowiedzialności za niezgodność.

Ponieważ trudno przypuszczać,  aby ktokolwiek  (sprzedający czy kupujący) był gotów do ponoszenia kosztów pracowników, którzy wykonywaliby taką benedyktyńską pracę , jakakolwiek sprzedaż płytek stałaby się niemożliwa. Bo niemożliwe byłoby sprzedanie klientowi płytek zgodnych z umową (rozumianą w sposób, w jaki rozumie to FK).

Zatem muszę przyznać, że zachodzi jedna z dwóch opcji. Albo prezes warszawskiego oddziału Federacji Konsumenta nie ma racji i oczekiwania klienta nie mają większej mocy prawnej niż normy PKN, albo żyjemy w rzeczywistości, w której sprzedaż płytek, produkowanych obecnie, jest formalnie niemożliwa. A co za tym idzie – powinnam zmienić branżę.

P.S. Czy ktoś z czytelników „branżowych” spotkał się w swoim życiu zawodowym z przypadkiem, aby klient reklamował płytki zgodne z normą i był tak zdeterminowany, że sprawa trafiła do sądu? Jeżeli tak, to proszę o kontakt.

Mozaika – wg norm – nie istnieje?

Maj 13, 2012 2 uwag

Czytelnik strony, podpisujący się nickiem „Gordonek” zapytał mnie o kwestie dotyczące reklamacji mozaiki.

I, niestety, okazuje się, że sprawa ta nie jest wcale taka prosta.

Bo nie ma w Polsce  normy, która by określała mozaikę, tak jak np. norma PN-EN 14 411 określa płytki ceramiczne – ich klasyfikacje, parametry itd. Nie ma żadnych szczególnych zapisów, które pozwalałyby rozstrzygać sporne kwestie, na które można by się powołać, w przypadku problemów.

Reprezentantka firmy Ardea (a co! jak pytać, to tych co robią moją ulubioną mozaikę ceramiczną ;) ) wyjaśniła mi, jak oni poradzili sobie z tym problemem.

Badania nad ich mozaiką były przeprowadzane w Instytucie Szkła i Ceramiki. Ponieważ jednak, ze względów technicznych (takie są wymagania maszyn używanych do testów), Instytut przyjmuje do badania elementy, których rozmiar jest nie mniejszy niż 10×10 centymetrów, na potrzeby analizy, były przygotowana specjalne, większe kawałki. Były wykonywane one tak, jak drobne elementy, które później tworzyły mozaikę. Instytut badał, jakie mają parametry (nasiąkliwość, odporność na ścieranie, mrozoodporność) , a później firma deklarowała, że mniejsze kawałki mają takie same parametry.

Skoro jednak nie ma norm, które odnosiłyby się do mozaiki, to jak powinno się oceniać, na przykład, wadliwość powierzchni? W przypadku płytek jest to określone – co najmniej 95% partii powinno być wolne od wad wizualnych (czyli na 100 metrów kwadratowych, 5 m2 może być wadliwych).  A co z mozaiką ceramiczną? Czy należy liczyć, że jeden plaster to tak jak jedna płytka? Czy raczej jedna kostka to tak jak jedna, bardzo mała płytka?

Obawiam się, że w przypadku reklamacji, tak właśnie może być traktowana mozaika – że każda kostka to oddzielny element. A wówczas może się okazać, że przy mozaikach o drobnych kosteczkach, nawet jeżeli z każdego plastra, z pięcioma kostkami jest coś nie tak, to i tak mieści się to w normie, dopuszczającej 5% wad.

Pół biedy, jeżeli, tak jak w pytaniu Gordonka, kostki po prostu odpadły od siatki ale nadal znajdują się w opakowaniu. Wówczas można je stosunkowo łatwo przytwierdzić na nowo, przed oddaniem jej klientowi. Gorzej, jeżeli kostki są całkowicie nieobecne albo mają jakieś wady, są uszkodzone.

Reasumując – nie ma norm w Polsce, które określałyby czym jest mozaika. Zatem nie ma się na co powołać, kiedy pojawi się jakiś problem. Czyli – wszystko zależy od dobrej woli handlowca czy producenta.

A tak przy okazji – przygotowując się do tej notki, wybrałam się do magazynu pooglądać kartony z mozaiką. Musiałam na własne oczy przekonać się, że na opakowaniach nie wymieniono żadnej normy. I rzeczywiście. O ile na kartonach z płytkami można znaleźć zapis o normie PN-EN 14411, o tyle na żadnej z mozaik, kilku różnych producentów, o normie nie ma ani słowa.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 29 obserwujących.